Przezwyciężyłam niechęć, jaką budziła we mnie wyrysowana na okładce dziewoja z wielkimi ślepiami, zajrzałam do środka i zaczęłam czytać. I bardzo dobrze, bo książka okazała się naprawdę dobra. Bardzo ciepła, bardzo rodzinna i bardzo śmieszna. Z ledwie uchwytnym, ledwie zarysowanym, a mimo wszystko mocnym akcentem wychowawczym. Złożona jest z krótkich rozdziałów, zawierających po jednej historyjce z życia rodziny Ciumków - mamy, taty, pięcioletniej Kasi i siedmioletniego Grzesia. Takiej z pogranicza życia domowego, szkolnego i podwórkowego. Historyjki obfitują w bardzo ładne obrazki z rodzinnego ogniska: wspólne lektury i wycieczki rowerowe, rozmowy i rozwiązywanie problemów przy pomocy rodziców (którzy, notabene, na szczęście w ogóle nie są idealni). Idealna i do samodzielnej, i do głośniej, rodzinnej lektury.
Książka naprawdę śmieszy, przy czym autor unika łatwych i kontrowersyjnych sposobów na rozśmieszanie z wykorzystaniem wydzielin ciała ludzkiego i wydawanych przez nie, niezbyt eleganckich, dźwięków. Raz, w ostatnim rozdziale zatytułowanym "W bajkach jest wszystko możliwe", jest wprawdzie bardzo blisko tej metody, ale zatrzymuje się tuż przed i sprytnie odwraca kota ogonem. Dominuje humor sytuacyjny, ale ciekawy efekt osiąga autor przez wprowadzenie humoru słownego. Reprezentują go powiedzonka tzw. "wujka od hondy", który w książce nie pojawia się osobiście ani razu. Te powiedzonka to rymowane mądrości na każdą okazję jak chociażby: "najpierw cię rodzą, potem ci szkodzą" i "czesał się Zdzisio, a teraz mu łysio".
Dorośli nie są tu tylko biernymi obserwatorami dziecięcych poczynań, likwidującymi ich skutki lub wymierzającymi sprawiedliwość nieobliczalnym łobuzom. To nie jest książka o rozrabiających dzieciakach, to raczej typ opowieści familijnej, gdzie we wszelakiej aktywności uczestniczą też ci duzi, czasem wręcz je inicjując i ukierunkowując niespożytą energię młodych rączek, nóżek i główek. Czasami - przez nieuwagę - na niewłaściwe tory. Jak wtedy, gdy odrywany od lektury tato od niechcenia odpowiada na pytania Kaśki o sadzenie kwiatków. Dziewczynka postępuje ściśle według instrukcji, co się wcale dla niej dobrze nie kończy... Innym razem to dorośli zachowują się jak dzieci, rywalizując między sobą o to, czyj syn zrobi więcej przysiadów. Zdarza się wręcz, że są partnerami dzieci w "rozrabianiu", jak wówczas, gdy tata wraz z Grzesiem biorą udział w prywatnych mistrzostwach świata w stosowaniu tylko jednosylabowych wyrazów. Zabawa niewinna, gorzej gdy przedłuża się w przesadny sposób, tak, że trzeba rozmawiać jednosylabowo z szefem i nauczycielką. Bardzo ucieszył mnie rozdział, w którym Grzesiek denerwuje się, że znowu przegrał z jednym ze swoich kolegów wojnę na tatów! Oj, jakie to prawdziwe! Od razu przypomniały mi się badania, o których kiedyś czytałam. Pytano w nich małych chłopców (chyba w wieku przedszkolnym) o to, kto według nich pierwszy znał zasady popularnej gry (w kapsle?): tata, dziadek czy Bóg. Zdaje się, że wszyscy byli zgodni co do tego, że był to tata.
Jeśli miałabym czegoś życzyć Pawłowi Beręsowiczowi, to ładniejszego opracowania graficznego książki. Chciałam ją przeczytać od kiedy wiele miesięcy temu przeczytałam o niej w kanonie na początek wieku stworzonym przez dr. Grzegorza Leszczyńskiego. I skutecznie odstraszała mnie od tego jej okładka.
Agnieszka Sikorska-Celejewska