Gdzieś tam w Norwegii, w Zatoce Pękatej Matyldy życie mogłoby płynąć spokojnie, odmierzane porami roku i przeróżnymi świętami... Mogłoby, gdyby nie Kręciołek i Sąsiadeczka! Dwójka dziewięciolatków (a szczególnie pewna dziewięcioletnia dziewczynka, która wie, jak ciężko być jedyną dziewczynką w klasie) robi wszystko, żeby dorośli nie nudzili się ani przez chwilę... A oni...
No właśnie - to jest to, co mnie ujęło w tej książce: ludzie, dla których sprawy dzieci są równie ważne jak ich własne, a czasem nawet ważniejsze i poważniejsze, począwszy od konieczności ratowania płonącej na stosie lalki, poprzez przejmowanie się losem jakiejś starej szkapy, aż do rozpoznawania i uczenia smutku po stracie bliskiej osoby... Ileż w tym szacunku, powagi, liczenia się z uczuciami innego człowieka (właśnie człowieka, nie dziecka, bo tu nie ma rozróżnienia na ważne sprawy dorosłych i mniej ważne, błahe dziecięce). W tym kontekście nie dziwi wcale ciepło, wszechogarniające bohaterów, i ich troska o siebie nawzajem. Wychodzi spomiędzy kartek książek, ogarnia też czytelnika, wciąga go w analizę relacji rodzinnych.
Ojciec przychodzi utulić smutek syna - rozumie i współczuje. Wnuczek smuci się wraz z dziadkiem, znika gdzieś słynna przepaść międzypokoleniowa. Relacje między rodzeństwem - lekko tylko nakreślone, ale pokazujące również miłość i szacunek - nie ma rywalizacji, zamiast niej widzimy jakąś ciągłość dorastania...
Dawanie i branie, branie i dawanie - uczucia istnieją tu niezależnie od wieku, są tak samo ważne i tak samo przejmujące gdy chodzi o dziecko, jak i starego człowieka. Nie liczy się bagaż doświadczeń (chociaż jednocześnie jest ogromnie ważny). Chciałabym wejść choć na chwilę między tych ludzi, chciałabym mieć okazję nauczyć się od nich tego szacunku po prostu dla innej istoty...