Bycie mamą (czy też bardziej ogólnie - rodzicem) to nie lada wyzwanie! Trzeba przecież podołać tylu obowiązkom: dziecko ubrać i nakarmić, zająć interesującą zabawą, pokazać świat i otwierające się możliwości, ale i ochronić w jego poznawczych działaniach i podróżach. Wykształcić, znaleźć chwilę na rozmowę, wysłuchać żalów i małych smuteczków, poprowadzić przez życie we właściwym kierunku, odpowiedzieć na tysiące dziecięcych pytań... A wieczorem zasiąść do czytania ukochanych książek, utulić do snu, czuwać, być.
Obserwując wielu rodziców dochodzę do wniosku, że wychowanie dzieci postrzegane jest przez nich często jako "zadanie do wykonania", a niewiele jest w nim miejsca na wspólne spędzanie wolnego czasu, ot tylko dla obopólnej przyjemności. Z reguły to dzieci mają się dobrze bawić. Rodzice rezerwują sobie, co najwyżej, bierną rolę stojącego gdzieś obok obserwatora, gotowego jednakże wkroczyć do zabawy, gdy dziecko staje się "niegrzeczne".
A może jest tak, że zapomnieliśmy już, jaka to była frajda być dzieckiem, gdy na przykład spadł pierwszy śnieg, a my szaleliśmy na nim tak długo, że nasze buty były mokre, a policzki czerwone od wiatru i mrozu? Albo gdy, pomimo rodzicielskich napomnień, przełaziliśmy przez płoty i darliśmy "wyjściowe" ubrania?
Mama Mu, na szczęście, nie zapomniała. Ciepła, wyrazista, pełna pozytywnej energii bohaterka dwóch obrazkowych książek autorstwa J. i T. Wieslander, pamięta, ile radości to przynosiło. Co więcej, ta zwariowana mama wciąż pragnie tego doświadczać. Wydaje się, że Mu wręcz nie chce dorosnąć. Chce szaleć na sankach i wpadać w śnieżne, puszyste zaspy. Chce huśtać się wysoko i piszczeć z uciechy jak mała dziewczynka. Nie wystarcza jej to, czego zwyczajowo się od niej oczekuje. Bo gdzieś w głębi duszy wciąż tkwi w niej ciekawe świata dziecko, którego "wszędzie pełno", które przez pięć minut nie usiedzi spokojnie. Mama Mu znajduje radość w małych przyjemnościach, "łapiąc" ulotną chwilę. Czyni to wbrew utartym stereotypom (bo któż widział krowę na sankach?) i na przekór swoim własnym, zewnętrznym ograniczeniom (jak to, taka duża krowa na huśtawce?).
A najzabawniejsze jest to, że tytułowa mama Mu ani przez moment nie jest ukazana w towarzystwie swoich dzieci. Ten sprytny zabieg jeszcze dobitniej pozwala dostrzec czytelnikowi, że Mu wraz z upływem lat i bez względu na ilość posiadanego przez nią potomstwa nie zatraciła dziecięcej, łobuzerskiej, nieskrępowanej strony swojej natury.
Towarzyszem i przyjacielem mamy Mu jest sceptycznie nastawiony do jej wybryków Pan Wrona, nieustannie napominający i powstrzymujący ją przed podejmowaniem nieadekwatnych do jej pozycji wyzwań i wymykających się stereotypom pomysłów.
Chwała tłumaczowi za genialne, dowcipne przekłady powiedzonek, jakimi okraszone są wypowiedzi dwójki bohaterów. Wystarczy przywołać tu choćby "Niech mnie kra", czy też "Niech mnie pióra biją"...
Wiele uroku obu książkom dodają rysowane charakterystyczną kreską ilustracje Svena Nordqvista, autora pamiętnych historii o kocie Findusie i panu Pettsonie, rysunki pełne ukrytych szczegółów do odnalezienia.
Obie historie o mamie Mu polecam zarówno dzieciom, jak i ich rodzicom, by ci ostatni nigdy, przenigdy nie czuli się "zbyt dorośli" na żadne szaleństwo...