"Olivier i zeszyt z marzeniami"

Autor: Sally Nicholls

Tłumaczenie: Katarzyna Janusik

Wyd. Znak, Kraków 2008


          "Olivier ma jedenaście lat. I umiera. Prawdopodobnie, bo przecież diagnoza to jedno, a życie zawsze może przynieść inne rozwiązanie. Olivier ma jedenaście lat, ale dla niego śmierć jest po prostu czymś, co się niedługo zdarzy.
Pyta więc o nią tak, jak inne dzieci pytają o zaplanowany wakacyjny wyjazd, jak pytamy w ciągu dnia, co będzie na kolację. Dla niego to powszedniość, nie ma się co rozczulać, bać, ale warto spróbować zrozumieć. Trudno zrozumieć jednak nie odpowiedzi, a to, że dorośli nie chcą z nim o tej nadchodzącej rzeczywistości rozmawiać. Wyjątek - pani Willis, nauczycielka Oliviera i jego przyjaciela - Feliksa, dla której tak samo normalne jest uczenie matematyki i geografii dwóch umierających chłopców, jak i wyszukiwanie z nimi w internecie odpowiedzi na takie pytania.

To jedna warstwa tej książki - przejmujący, chwytający za gardło obraz chłopca, który pyta: Skąd wiadomo, że ktoś jest martwy? Dlaczego Bóg sprawia, że dzieci chorują i umierają? Dla dziecka, które "w planach" ma tylko kilka miesięcy życia, te pytania są tak samo naturalne, jak dla innego będzie zastanawianie się, do którego gimnazjum pójdzie i dlaczego jego kolega wybrał inne. Ot, normalność.

Druga warstwa to marzenia Oliviera. Kiedy czytałam tę książkę, myślałam o ludziach siedzących w różnych poczekalniach. Najczęściej czytają coś "jednym okiem", a drugim zerkają: na drzwi, na zegar, na rozkład jazdy. Olivier i jego rodzina potrafią się oprzeć temu zawieszeniu, poczuciu bezsensowności jakichkolwiek działań (po co zaczynać coś robić, skoro być może się nie skończy?) - właśnie dzięki marzeniom chłopca. Niektóre z tych marzeń wydają się może dziwne - bo dlaczego akurat chory chłopiec może chcieć pobić jakiś, koniecznie śmieszny, rekord świata? Inne są niby mało ważne, dziecinne, tak jak wejście po zjeżdżających ruchomych schodach, jeszcze inne - niemożliwe do spełnienia (a przecież w końcu okazuje się, że to właśnie takie marzenie - lot sterowcem, zmusi do działania ojca chłopca, który dotąd za wszelką cenę trzymał się z boku). Wszystkie razem potrafią sprawić, że ostatnie miesiące to dla Oliviera nie czekanie na kolejną dawkę leków, kolejny krwotok czy kolejną wizytę pielęgniarki, a radość z realizowania zadań, przechodzenie do następnych, coraz trudniejszych. Potworność czekania na koniec gdzieś ulatuje, staje się w obliczu tylu działań nieistotna.

Olivier umiera, ale jednocześnie wygrywa - nikt po jego śmierci nie będzie miał prawa powiedzieć "biedny dzieciak, nic nie przeżył". Nasunie się może za to myśl, że nawet w tak trudnej sytuacji nadal wszystko zależy od nas - o ile tylko potrafimy to sobie wymarzyć, a potem konsekwentnie dążyć do spełnienia tych marzeń...

Iwona Hardej

Recenzja ukazała się również w serwisie pinezka.pl