"Teraz Peter jest taki duży. Ale kiedyś był taki malutki. Nie umiał wtedy ani chodzić, ani mówić. Ale umiał płakać. Kiedy płakał, przychodziła mama, wyjmowała go z łóżeczka, przytulała swój policzek do jego policzka i mówiła, że jest najsłodszym dzieckiem na świecie. A kiedy Peter był głodny, dostawał jedzenie prosto od mamy. Co wieczór mama kąpała go w małej wanience (...) Tata mówił, że Peter tak zabawnie wygląda, kiedy się kąpie. Był przecież najsłodszym dzieckiem na świecie. Mama i tata bardzo, bardzo go kochali."
W "Peterze i Lenie", bo tak właśnie zwykłyśmy z moją córką nazywać "Ja też chcę mieć rodzeństwo" Astrid Lindgren, podobne słowa powtarzają się trzykrotnie, a my za każdym razem, gdy je czytamy, nie potrafimy opanować wzruszenia. Może dlatego, że jest to jedna z ważniejszych książek, po które jak dotąd w ogóle sięgnęłyśmy i do lektury której wracamy jeszcze dzisiaj, choć od narodzin młodszego rodzeństwa mojej prawie czterolatki upłynęło już trochę czasu. Peter i Lena wciąż są nam bliscy, właściwie mam wrażenie, że mieszkają tuż obok nas.
Narodziny dziecka to szczególny moment w życiu rodziny. Piękny, ale również dramatyczny, bo przecież odtąd nic nie będzie już tak, jak dawniej. Pojawienie się malucha to, przynajmniej na początku, istne trzęsienie ziemi na planecie Dom, w tym również dla starszego rodzeństwa, które, niejako wbrew własnej woli, niespodziewanie awansuje w oczach rodziców do bliżej nieokreślonej roli starszaka. Dla kogoś, kto jeszcze nie tak dawno sam nosił pieluszki, potrząsał grzechotką, gaworzył w kołysce, wprawiając tym w ochy i achy babcie, dziadków i rzecz jasna, rodziców, jest to raczej wątpliwy awans.
Peter też chce mieć rodzeństwo. Ale kiedy na świecie pojawia się malutka siostrzyczka Lena, chłopiec stwierdza, że właściwie to nic zabawnego dzielić się z nią własną mamą i że tak naprawdę wolałby zamienić tę Lenę na trzykołowy rowerek.
Peter przejdzie długą drogę, zanim oswoi kłębiące się w nim uczucia gniewu, zazdrości i żalu, spowodowane utratą dotychczasowych przywilejów jedynaka, i dojrzeje do nowej roli w rodzinie. Ogromna w tym zasługa jego mamy, która z dużym wyczuciem odwróci jego uwagę od negatywnych emocji, ucząc go tym samym trudnej i pięknej sztuki stawania się starszym bratem dla swojej młodszej siostry. Ostatecznie, ku swemu własnemu zdziwieniu, Peter odkryje, że tak naprawdę tylko zyskał na pojawieniu się Leny. Odkryje że miłość, którą musiał się na początku trochę podzielić, nie zmalała przez to ani trochę, a wręcz przeciwnie - że ta miłość jakoś pięknie urosła. A stając się starszym bratem Peter zyskał nie tylko siostrę, ale także wspaniałego kompana bitew toczonych na poduszki i wiernego towarzysza swojego własnego dzieciństwa.
Odkładając z powrotem na półkę książkę o Peterze i Lenie, zawsze odruchowo myślę o innej, podobnej tematycznie, opowieści dla młodszych dzieci, opowiadającej o pewnej rodzinie niedźwiadków, gdzie jedno z rodziców konkluduje: Tak to jest, misiaki, wszyscy jesteście najważniejsi. Ale to już zupełnie inna opowieść...