Jess mieszka z rodzicami i siostrami na farmie, chodzi do szkoły, bardzo lubi biegać, ale najbardziej lubi rysować - mimo, że w jego otoczeniu uchodzi to za dziwactwo i właściwie musi się z tą pasją kryć nawet przed najbliższymi.
Kiedy na sąsiedniej farmie pojawiają się nowi mieszkańcy, chłopiec nie wie jeszcze, że będzie to moment zwrotny w jego życiu. Na początku widzi tylko irytujących obcych, mających dziwaczne zwyczaje i ich córkę - dziewczynkę równie dziwaczną, która w dodatku swoim zachowaniem burzy dawno ustalony porządek szkolnych zwyczajów...
"Most do Terabithii" to książka o niezwykłej przyjaźni. Jess wbrew zasadom otoczenia, w którym wyrósł, obdarza Leslie akceptacją, zaś dziewczynka pomaga mu otworzyć szerzej oczy, odkryć zarówno świat baśni we własnym wnętrzu, jak i drzwi do świata literatury.
Autorka pokazuje morze zależności, przypadków, zbiegów okoliczności - gdyby Jess nie rysował, a tym samym nie miał jakiegoś sekretu niezrozumiałego dla swojego otoczenia, być może nigdy nie wyciągnąłby ręki do Leslie. To właśnie świadomość własnej odmienności pozwoliła mu na tę przyjaźń. Gdyby z kolei Leslie nie była wychowywana w domu otwartym na świat z całą jego różnorodnością, nie mogłaby pokazać Jessowi tej wspaniałości czerpania z siebie, z wnętrza, nie mogłaby obudzić jego tęsknoty do doskonalenia się.
Zastanawia mnie, czy można tę książkę określić mianem opowieści o stracie. Leslie ginie, w dodatku umiera bezsensownie, przypadkowo. Jess mógłby się za sprawą okoliczności jej śmierci odwrócić od tej wyśnionej krainy za strumieniem, obrazić się na nią. Jednak on znajduje w sobie siłę do kontynuowania tej drogi. Śmierć dziewczynki nie zamyka więc niczego - przeciwnie: sprawia, że Jess musi podjąć decyzję czy potrafi dalej iść sam, nie prowadzony przez przyjaciółkę, więcej nawet - znajduje w sobie siłę, by do magicznego świata wprowadzić swoją siostrę...