Włochy to wspaniały kraj, którego bogactwo może zachwycić niejednego miłośnika podróży.
To wielka historia, która wpływała na losy Europy, to kolebka nowożytnej sztuki i kultury, ogrom zabytków do zwiedzania, przebogate zbiory muzealne.
Ale też i życie człowieka współczesnego - jedzenie, z którego Włosi słyną na cały świat, wspaniałe wzornictwo, bogata oferta turystyczna, w której każdy może znaleźć dla siebie najrozmaitsze rzeczy.
I kiedy myślę o tym kraju, który jest moją pasją, który lubię poznawać nie tylko w podróży, ale i na kanapie - z najprzeróżniejszymi lekturami (wieloma wydaniami przewodników, powieściami, dziennikami z podróży, z książkami o sztuce, historii i wreszcie o kulinariach włoskich) z ciekawością sięgam po przewodniki po Włoszech kierowane do dzieci.
Wiadomo, że w zależności od wieku, dzieci mają wobec takich książek bardzo różne oczekiwania. Małe będzie szukało jakiegoś związku między tym co zna, a tym, co może poznać. Duże - już nieco konkretniejszej wiedzy. I właśnie naprzeciw potrzebom tych mniejszych i większych wyszły w ostatnich latach dwa przewodniki.
"Włochy - przewodnik dla dzieci" Łukasza Dębskiego i Anny Kaszuby-Dębskiej (wyd. Zielona Sowa) to pozycja kierowana bardziej do tego dużego dziecka, ucznia, któremu nieobce już są pojęcia z historii sztuki, nazwiska, epoki, malarze, kompozytorzy. Jest w niej to, co wszyscy lubią - smaczki, ciekawostki, ciekawe liczby, zestawienia.
Książka jest dość obszerna, jednak zabrakło w niej tego, co powinno znaleźć się w przewodniku dla dzieci - wyeksponowania tego, co dzieci jednak interesuje najbardziej - czyli zabawy.
Włosi wydają się z natury przyjaźnie nastawieni do życia i innych, kochają smakować życie - kochają jedzenie, kochają się bawić, kochają parki rozrywki. I tu w całym przewodniku znajdziemy zaledwie dwie strony skierowane specjalnie do dzieci - o włoskich rówieśnikach i co nieco o słynnym pajacu, którego zna cały świat, o Pinokiu. Czy to nie za mało, czy dzieci nie byłyby zainteresowane, gdyby specjalnie dla nich napisać o weneckim karnawale (który wszak jest zabawą dla dorosłych, ale jednak zabawą), tradycji masek weneckich, ich różnorodności, sposobach wyrabiania itd. No bo kto, jak nie dzieci, uwielbia się przebierać? Czy to nie byłoby fascynujące dla małego czytelnika?
Czy nie można by napisać o najrozmaitszych festynach, w czasie których całe społeczności włoskich miasteczek przebierają się w stroje historyczne i świętują swoją historię? Jest tego we Włoszech całe mnóstwo i chociaż wiele z nich odrodziło się specjalnie z myślą o turystyce, to jednak są to wspaniałe widowiska i niepowtarzalna atrakcja.
Czy nie można by zamieścić informacji o parkach rozrywki, które Włosi odwiedzają tłumnie, namiętnie i całymi rodzinami? Sami odwiedzaliśmy takie miejsca i pomimo innych priorytetów turystycznych uznaję, że mając dzieci naprawdę warto poświęcić na nie czas, bo to ono pozostanie w pamięci dziecka znacznie dłużej niż zabytki.
I mimo, iż książka napisana jest przystępnym i dość zgrabnym językiem, zawiera to, co dzieci lubią, czyli liczby, ciekawostki, a szata graficzna z pewnością wskazuje na młodego odbiorcę, to jednak budzi niedosyt. Szkoda, bo mogłoby to być coś więcej niż tylko "wyciąg-wybór" z dorosłych przewodników ubrany w "szatę dziecięcą".
Książka zawiera też niestety błędy merytoryczne, które są zupełnie niewybaczalne, jak chociażby:
- "mieszczańskie domy podparte malowniczymi arkadami" wokół Placu Św. Marka w Wenecji - przecież to gołym okiem widać i nie trzeba być wielkim znawcą żeby stwierdzić, że to gmachy publiczne.
- "począwszy od budynku Ufizzi, przez ratusz, pod dachem mostu Ponte Vecchio ." - kto interesował się Florencją ten wie, że korytarz do pałacu Pitti zaczyna się w ratuszu i biegnie przez Ufizzi - może to szczegół, ale naprawdę istotny, jeżeli autor pisze już o tym korytarzu.
"To miasto nazywa się Rzym" Eliza Piotrowska (wyd. Media Rodzina) wydaje się być zupełnie inną pozycją - to nie jest wersja normalnego przewodnika, okrojona do potrzeb młodszego odbiorcy, ale produkt specjalnie dla niego napisany - tym przewodnikiem zainteresowała się żywo moja czterolatka i czytałyśmy sobie wspólnie, czerpiąc z lektury sporo radości.
Format i objętość sprawi, że rodzice nie będą się opierali przed zabraniem kolejnego przewodnika, a i dziecko samo sobie go poniesie nawet w małym plecaczku.
Bo ten przewodnik - to jakby collage słówek, komiksu rysunkowego, ciekawostek i prawdziwej wiedzy. I ta forma jest dla dzieci znacznie bardziej zachęcająca, to tę pozycję dziecko postawi chętnie na półce z książkami w swoim pokoju - i to małe dziecko, i większe też. To z nią będzie się bardziej utożsamiało, częściej zaglądało.
Ukazanie się obydwu przewodników ucieszyło mnie bardzo, ale "Włochy ." przy bliższym poznaniu nieco rozczarowały, i mimo że dość obszerny to jednak "Rzym ." swoją lakonicznością a zarazem humorem jest mi bliższy. Wszak kupiłam przewodnik dla dziecka - dla siebie mam trzy długie półki książek o Włoszech i Włochach.