"Jajuńciek"

Ilustrator: Paweł Pawlak

Autor: Paweł Pawlak

Wyd. Muchomor, Warszawa 2005


          Jajuńciek to najmłodszy z czterech braci zajączków, którzy wędrują po świecie, by muzykowaniem zarobić na marchewkę. Wędrują tak przez całe lato, aż trafiają do smutnego miasta, którego król zakazał muzyki. I kiedy, nieświadomi zakazu, zaczynają grać, król chwyta w niewolę trzech braci Jajuńćka. Tylko jemu udaje się uciec, bo jest niewielki i król go nie dostrzega. Czy mały zajączek może uratować braci?

W tej niespełna trzydziestostronicowej książce ilustracje znakomicie przeplatają się z tekstem, a nad wszystkim góruje muzyka!
Kiedy ją czytałam, rytm zachwycał mnie na równi z kolorowymi zajączkami skaczącymi po stronach, a królewskie złorzeczenia i przekleństwa doskonale współgrały z ostrą czerwienią królewskiego płaszcza. W dodatku też były cudownie muzyczne: "akordy - mać" czy "do jasnej symfonii".

O czym jest ta bajeczka (trochę irlandzka, wedle słów autora)? Chyba trochę o pogodzie ducha (kiedy zajączki bawiły się przy muzyce, by zagłuszyć burczenie brzuszków), trochę o oddaniu i odwadze (gdy Jajuńciek bez namysłu biegł ratować braci), a pewnie też o zadufaniu, złości i niesprawiedliwym gniewie. Różne można wnioski wysnuć, dziesiątki rozmów rozpocząć - ilustracje inspirują do nich na równi z tekstem. Dla mnie to przede wszystkim bajeczka o wszechobecnych dźwiękach: muzyce w imionach zajączków, szeleście liści w jesiennym opisie miasta, zgrzytach w okrzykach króla...
Gdzieś pod tym wszystkim kryje się jeszcze jedna warstwa, subtelnie dająca o sobie znać choćby w imieniu króla. Lugubros Violentos przełożyła bym na "Posępny Gwałtownik" i kiedy myślę o jego wielkim, niedocenionym koncercie na chochlę, orkiestrę i fortepian to trochę mi go żal...

Uważam, że, pomimo mnogości kolorowych ilustracji, w pełni doceni tę książkę nie trzy - czy czterolatek, ale dziecko starsze, na przykład sześcioletnie.

Chciałabym, żeby nasze wydawnictwa, wzorem zachodnich, zaczęły umieszczać na okładce wiek czytelnika, szczególnie, że w Polsce funkcjonuje stereotyp: dużo ilustracji i mało tekstu - książka dla maluszków. A często naprawdę warto, żeby wzięły ją do ręki większe dzieci.

i2h2