Podobni jak dwa plastry na brodzie
Podobno w Szwecji film nakręcony na podstawie tej książki pokazywany jest w każde Boże Narodzenie. Wcale się nie dziwię - jego pierwowzór jest głęboko humanistyczny, dający nadzieję i na pewno dobrze się czuje w ramówce telewizyjnej tuż obok dickensowskiego Scrooge'a.
Pomysł na fabułę nie jest specjalnie skomplikowany. Oto gdzieś tam w brzydkim, robotniczym mia-steczku, na "placu zabaw" zaimprowizowanym w pełnej śmieci okolicy (Nie ma tego w tekście? Ha, opowiedziała to Anna Höglund, ilustratorka) dwójka chłopców rozmawia o urodzinach dziadka jednego z nich. Drugi niestety nie ma dziadka, a również chciałby mieć. Chce? To żaden problem. Jest takie miejsce, gdzie dziadków pod dostatkiem! I tu zaczyna się właściwa akcja, której oczywiście nie zdradzę. Dość rzec, że przybrany dziadek okazuje się nawet do podobny do swojego "wnuka" - obaj mają plaster na brodzie!
Tekst silnie oddziałuje na emocje, lecz autor zręcznie unika taniego sentymentalizmu, nadmiernej ilości przymiotników i kiczowatych określeń. Książka napisana jest prostym językiem, a każde pojawiające się tam słowo jest rozwiązaniem najbardziej optymalnym, najlepiej opisującym stan rzeczy.
Gdy czytałam tę książkę, uparcie przychodziła mi na myśl Jeżycjada. Jest coś, co łączy szwedzkiego pisarza z twórczynią sagi jeżyckiej. Choćby to, że ta książka jednocześnie jest realistyczna, i nie jest. Chłopcy z reguły nie znajdują w taki sposób dziadków, tak jak rumuńskich dzieci nie zabiera się na wigilię do domu. A jednak to książki prawdziwe. Coś jak linia prosta w matematyce. Wszyscy znają i stosują to pojęcie, chociaż czegoś takiego w naturze nie ma, nie było i nie będzie. Istnieje tylko jako idea, wzór, aspiracja.
Agnieszka Sikorska-Celejewska