Czy można książkę, która nam się bardzo podoba, czytać z przerwami przez cały rok ?! Okazuje się, że tak - ręczę własnym doświadczeniem...
Wydawać by się mogło - co to jest: przeczytać mizerne 127 stron, pełne ilustracji, fotografii, kolaży.
Rzecz się komplikuje, kiedy trafimy na książkę o niespokojnych stopach. Chwytamy ją mocno, zaczynamy kartkować, zatrzymujemy się na jakimś akapicie, studiujemy ilustrację. Nagle... okazuje się, że coś mignęło wcześniej ! Co to było ?! Ach, zielona trawa, a w niej skryte, jakby porzucone, tenisówki...
Dalej kupka mąki przegarnięta palcem w zabawne słoneczko, może kwiat. Rozmowa z butami, które przecierają nam nocą szlaki, szukają wygodnych dróg. Tajemnice pustych zaułków i zwykłych sprzętów, na które czasem nawet nie zwracamy uwagi.
To było dokuczliwe jak swędzenie po ugryzieniu komara - wciąż i wciąż zaczynać i skazywać się na utknięcie w połowie... ale gdzież tam - na przeglądanie od końca, do góry nogami, rysowanie na karteczkach.
Teraz rozumiem wyklejkę - ona jest OSTRZEŻENIEM !!! Kiedy wejdziesz do tej książki, nie licz na litość - ona cię nie wypuści tak łatwo; pokaże Ci, że nawet w książkach, które mają swój początek i koniec można wędrować: bez końca właśnie.
Chciałabym spytać tłumaczkę, jak udało jej się ujść bez szwanku tej książce sprowadzającej na manowce nie gorzej niż niektóre górskie szlaki. Musi to być wytrawna turystka, albo i członek Książkowego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Teraz Wy się z nią zmierzcie, ale pamiętajcie - przegraliście już na starcie...