Przestrzeń wolności.
Rozmawiamy z Małgorzatą Musierowicz |
![]() Photo copyright © Emilia Kiereś |
Gdyby pozbierać wszystko, co kiedykolwiek napisano o Pani książkach, uzbierałaby się całkiem pokaźna biblioteka. Ależ skąd. Brakuje mi na wszystko czasu. Mam to, co podarowali mi autorzy, albo na co trafiłam przypadkiem. Ostatnio, sporządzając bibliografię dla mojej strony internetowej www.musierowicz.com.pl , musiałyśmy z córką skorzystać z pracy pani Izabeli Olejnik, która zadała sobie niesłychanie wielki trud i zebrała to wszystko w należytym porządku. To rzeczywiście dużo. Miło, że poświęcono mi tyle uwagi. Czy zdarza się Pani być zaskoczoną wnioskami autorów? Na ogół nie. Zresztą, niewiele rzeczy mnie już zaskakuje. Pytana o ulubione książki odpowiada Pani "wiele". Czy lista Pani najukochańszych lektur obejmowałaby raczej dziesięć, czy raczej sto tytułów? Raczej tysiąc, obawiam się. W książce Marii Pruszkowskiej "Przyślę Panu list i klucz" rodzina, która pod względem umiłowania literatury przypomina Borejków, posiada dwie biblioteki. Z pierwszej, noszącej nazwę "Miesiąc Zatajony", książek nie pożyczają pod żadnym pozorem, natomiast z drugiej, złożonej z pozycji lubianych mniej lub wcale, noszącej nazwę "Dary Księżycowe", bardzo chętnie. Czy Pani pożycza swoje książki? Wręcz uwielbiam się dzielić swoimi ukochanymi książkami. Biegnę z taką do przyjaciółki i krzyczę "musisz to przeczytać!". Ale, znając naturę ludzką, oraz złośliwość rzeczy martwych, roztropnie kupuję zawsze po dwa egzemplarze tych najwspanialszych książek... Są też książki-skarby, nieosiągalne już dzisiaj, ale o pożyczenie czegoś takiego na ogół nikt nie prosi. Na Pani stronie internetowej przeczytałam, że kiedy dowiedziała się Pani o pierwszej ciąży, natychmiast pobiegła do antykwariatu wykupywać klasykę powieści dziecięcej i młodzieżowej. Czy udało się Pani zaszczepić miłość do książek u wszystkich swoich dzieci? O, tak, bez najmniejszego trudu. Nawet nie trzeba było stosować szczepienia. Same od kolebki wykazywały namiętny głód słowa drukowanego. Poniekąd w sensie dosłownym. Spotkałam się z zarzutem, iż ostatnie tomy "Jeżycjady" czytane są tylko przez najstarszych i najbardziej oddanych wielbicieli. Czy jest to zgodne z Pani doświadczeniem? Czy tylko tacy czytelnicy przychodzą na spotkania autorskie, odwiedzają Pani stronę internetową i piszą listy? E, tam, nawet nie chce mi się komentować tego klasycznego wishful thinking. Cała "Jeżycjada" jest w lekturach szkolnych, istnieją też badania młodzieżowego rynku księgarskiego, fachowe badania czytelnictwa dzieci i młodzieży, robione w bibliotekach. Warto się z tymi źródłami zapoznać. Pouczające. Podobno kiedyś masowo odwiedzały Panią czytelniczki śladem Geniusi z "Opium w rosole" wpadające na obiadek. Czy zdarza się to jeszcze dziś, gdy nie jest już Pani mieszkanką poznańskich Jeżyc? Nie, teraz już mieszkam na wsi i otacza mnie spokój oraz cisza. Gości za to mam mnóstwo na obiadkach, które serwuję na swojej stronie internetowej. Bardzo miłe tłumy dziewczynek, panienek, pań i nawet panów. Serce rośnie! Wiadomo, że otrzymuje Pani stosy korespondencji od czytelników. Czy są wśród nich również zagraniczni wielbiciele Pani książek? O, tak, sporo. Mam już listy z Wietnamu i Litwy, z Węgier i Szwecji, etc. Ale najmilsze przychodzą z Japonii, gdzie Jeżycjada ma jakieś fenomenalne wzięcie. Kiedy ukazało się tam któreś z kolejnych wydań "Opium w rosole", napisała do mnie studentka z Tokio. Ona również, jak to się zdarza niektórym naszym rodaczkom, uznała fikcję powieściową za dokument. Postanowiła przenieść się na studia do Poznania, "bo to takie piękne miasto i tylu w nim dobrych ludzi". Troszkę mnie to wystraszyło, bo ona nie tyle prosiła o radę, co informowała o podjętych już krokach. Jakiś czas żyłam w trwodze, martwiłam się, czy nie spowodowałam niechcący czyjejś życiowej kraksy, ale oto rok temu czy dwa, podpisując książki w Empiku, ujrzałam w tłumie japońskie oblicze, całe w uśmiechu jak słońce. Okazało się, że to moja korespondentka przybyła na spotkanie, by mi powiedzieć, że jest tutaj, mieszka na Jeżycach i... wyszła za mąż za mieszkańca tej dzielnicy. I od razu mi go przedstawiła - a ja nawet go znałam z widzenia! Uważam, że to jest niesłychana historia. Macierzyństwo zwyczajowo pokazuje Pani od najlepszej strony. Mamy z małymi dziećmi są nimi zachwycone, całkowicie im oddane, pełne cierpliwości, ciepła i szczęścia. W rzeczywistości zaś bywa tak, że młode matki są zirytowane i zmęczone krzykami niemowlęcia i nieprzespanymi nocami, a dziecko oprócz miłości i radości wzbudza złość i zniecierpliwienie. Czy nie sądzi Pani, że przedstawienie tylko pozytywnych stron macierzyństwa może wpływać negatywnie na samoocenę czytelniczek, które właśnie zostają matkami? Nie, nie sądzę żeby humorystyczne, romantyczne książki dla dziewcząt mogły mieć aż tak silny wpływ na samoocenę osób dorosłych. Ostatecznie, ja piszę młodzieżowe powieści rozrywkowe, a nie poradniki pielęgnacji niemowląt. To prawda, Pani książki to młodzieżowe powieści rozrywkowe. Ale te książki dla pokoleń czytelniczek stały się również wychowawcami, dostarczycielami wzorców i inspiracji. To pewnie dlatego czują się one rozczarowane, gdy nie znajdują w nich czegoś, co uważają za ważne (zwierzątek domowych, przedstawicieli różnych wyznań i braku wyznań, mądrych feministek). Czy trudno jest pogodzić rozrywkową formę z wychowawczą treścią? Nie, to nie jest trudne. Wystarczy traktować swoich czytelników tak, jak własne dzieci - bawiąc, uczyć. Wychowywać nie przez tyranię, tylko przez ukazywanie dobrych wzorców. Oczywiście, te dobre wzorce, za których obecność ja, autorka, biorę odpowiedzialność, kwalifikować mogę tylko ja, nikt inny. Pewnie nie wszystkim się one podobają. Trudno. Zawsze można sięgnąć po inną książkę, zawierającą inne propozycje i wzorce, prawda? Mamy wolność! A czasy, w których dyżurni ideologowie dyktowali autorom, co dokładnie mają napisać, co im wolno, a co nie, co jest "po linii", a co jest "be", kiedy organizowali nagonki i z różnych trybun wyklinali twórców, minęły już dość dawno. Ufajmy, że na zawsze. Autor nie powinien też, moim zdaniem, nadmiernie wsłuchiwać się w oczekiwania publiczności. Po pierwsze, to on jest władcą i panem na swoim terenie, on dyktuje warunki i nikomu nic do tego, jeśli tylko autor nie narusza norm obyczajowych i prawnych. Po drugie, żądania płynące ze strony czytelników są na ogół wzajemnie sprzeczne i nie da się ich zaspokoić. To chyba oczywiste, że niemożliwe jest, bym sprostała wszystkim oczekiwaniom i ustosunkowała się do wszelkich przejawów życia społecznego. Siłą rzeczy, także dla artystycznego dobra mojego dzieła, muszę dokonywać wielu eliminacji. Ale to moje dzieło, moje eliminacje i moja odpowiedzialność za własną moją pracę. A więc - nikt nie ma prawa czegokolwiek mi narzucać. Na pewno nie będę też propagować rzeczy, z którymi się nie zgadzam, lub które uważam za szkodliwe, groteskowe lub w złym guście. Pozostaje mi tylko poradzić niektórym osobom dorosłym, żeby nie traktowały książek młodzieżowych jako źródła wzorców i inspiracji dla siebie. Czas przejść do poważniejszych lektur, stosownych do wieku, a dzieciom pozwolić się cieszyć ich książkami. W utworze dla najmłodszych "Rybka" oraz w "Kłamczusze" rodzice dają swoim dzieciom klapsy. Czy uważa Pani, że to dobra metoda wychowawcza? Najlepszą metodą wychowawczą jest miłość i cierpliwość. A także - dobry przykład. A co do klapsów - najwyraźniej wyszły z mody. Uważam, że to miło. Osobiście wolę dzieci przytulać, niż karcić. To daje wspaniałe rezultaty. W swoich książkach radzi Pani zapomnieć o sobie i więcej myśleć o innych. Wydaje mi się jednak, że pierwszym obowiązkiem człowieka jest dbanie o siebie. W przeciwnym wypadku to, co wydaje nam się być dbaniem o innych, może być kosztowne dla nas, a dla tych, o których chcemy zadbać, nawet szkodliwe. Jeśli natomiast ktoś ma pozytywny stosunek do własnej osoby, zna swoje potrzeby i je adekwatnie zaspokaja, znajduje czas na wypoczynek i potrafi zachować się asertywnie, to przyjazne obcowanie z całym światem i tworzenie bliskich kontaktów z ludźmi stają się dla niego niejako oczywistością. Zgodzi się Pani ze mną? Zapewne ma Pani na myśli zdanie mamy Borejko z "Idy sierpniowej", ale cytuje Pani niedokładnie. Tam było: "Najpierw trzeba siebie polubić, a potem o sobie zapomnieć". Nadal uważam, że to dobra rada. Nie można zbyt wiele uwagi poświęcać samej sobie. To bardzo niezdrowe. Stary, dobry "złoty środek" nadal jest najlepszy jako sposób na życie. Podobnie radzi również Aurelii babcia: "Najlepiej jest człowiekowi kiedy nie myśli o sobie" i "Przestań już tyle myśleć o sobie, nie masz ciekawszych tematów?". A, tak. Nie zawsze to, co mówią moi bohaterowie, odzwierciedla moje osobiste poglądy - muszę przecież dbać o różnicowanie powieściowych charakterów. Ale tak właśnie, jak babcia Jedwabińska, myślała i mówiła moja własna, bardzo mądra, babcia Weronika, a i oczywiście moja wspaniała mama; tak też myślę na ten temat i ja. Jestem przeciwniczką egoizmu, narcyzmu, egocentryzmu i ksobności. Natomiast oczywiście gorąco wszystkim polecam wszechstronne dbanie o siebie. Byle nie kosztem innych. To tu jest ta granica: nie kosztem innych. Bohaterowie Pani książek szukają wiedzy o świecie i ludziach u greckich i rzymskich filozofów. Za to właściwie nie czytają współczesnych psychologów i socjologów. Żaden z nich nie miał w ręku książki Zimbardo, Aronsona, Eichelbergera, Baumana... Czy to obrazuje również Pani stosunek do tych dziedzin wiedzy? Ależ bynajmniej. Obrazuje to jedynie moją trzeźwą ocenę sytuacji. Skoro powieści swoje kieruję przede wszystkim do dziewcząt w wieku 10-14 lat, muszę wiedzieć, co one są w stanie sobie przyswoić. Wybrane myśli Seneki czy Marka Aureliusza, jako całkiem nawet ambitna propozycja na wiek gimnazjalny, wydają mi się tu bardzo na miejscu. Baumana poczytają sobie na studiach. Borejkowie i inni bohaterowie "Jeżycjady" regularnie uczęszczają do kościoła katolickiego. Ale w życiu kierują się raczej wskazówkami starożytnych filozofów, niż myślicieli chrześcijańskich, a w rozmowach powołują się na słowa Seneki, a nie Boga, Jezusa czy choćby kapłana. Pamiętam, że również Biblia czytana jest tylko raz do roku. Czyżby typowa polska obrzędowa religijność? To raczej niechęć do ostentacji. Dyskrecja w sprawach bardzo osobiście przeżywanych . A w rodzinie, związanej także wspólnym wyznaniem, nie trzeba ciągle powoływać się na słowa Jezusa, ponieważ wszyscy znają je bardzo dobrze i do nich właśnie się stosują, to im dają świadectwo własną życiową postawą. To z tej postawy będziemy się rozliczać pod koniec naszych dni, nie z tego, kogo i ile razy cytowaliśmy i jakie składaliśmy deklaracje. Starałabym się też nie oceniać polskiej religijności, ani zresztą jakiejkolwiek innej - na ile jest ona obrzędowa, typowa etc. Nie mamy prawa do takich ocen. Sposób, w jaki człowiek rozmawia z Bogiem - lub nie rozmawia! - jest jego tajemnicą i prywatną sprawą. Dlatego też nie zaglądam moim bohaterom przez ramię i nie pytam jakimi spośród religijnych wskazań kierują się w życiu i ile razy w ciągu roku sięgają po Biblię. W życiu prywatnym również nie ośmieliłabym się tego robić, wobec nikogo. Wkrótce ukaże się kolejna część "Jeżycjady" zatytułowana "Sprężyna". Wiadomo już, że będzie o Łusi Pałys. Zdecydowała się Pani po raz kolejny uczynić bohaterką osobę dużo młodszą, niż miało to miejsce zwykle. Czy jest to ukłon w stronę nowego, najmłodszego pokolenia czytelników? Jest to odpowiedź na autentyczne zapotrzebowanie czytelnicze. Szybko i zastanawiająco obniża się wiek nowych czytelniczek Jeżycjady. Słyszę już i o dziewięciolatkach, które mają za sobą wszystkie jej tomy. Te dziewczynki niekoniecznie chcą czytać o czterdziestoletniej Gabrysi, a ich ulubioną postacią męską nie jest trzydziestoparoletni obecnie Baltona, tylko dziewięcioletni Józinek... Nawiasem mówiąc, ten ostatni ma w "Sprężynie" już lat trzynaście. Czas leci. Wszyscy się starzejemy... Oprócz "Sprężyny" na lady księgarskie trafi również nowe wydanie "Bambolandii"... Tak, wydawca dostaje ponaglenia i pytania w tej sprawie. Cykl książeczek o autorytarnych smokach właściwie nie był wznawiany od lat 80-tych. Teraz Akapit Press planuje wznowienie całości na rok 2009, a ja zrobię dużo nowych, ładnych ilustracji. Już się na to cieszę. Czy czytuje Pani współczesną literaturę dziecięcą i młodzieżową? Tak, oczywiście. Z zawodowego obowiązku, ale i dla przyjemności: mam przecież troje wnuków i uwielbiam czytać im książki. Dla Serwisu internetowego bromba.pl rozmawiała Agnieszka Sikorska-Celejewska |