Kopiowanie i dalsza publikacja w jakiejkolwiek formie tekstów lub ich fragmentów oraz ilustracji zamieszczonych na stronach serwisu bromba.pl bez wiedzy i zgody właścicieli strony jest złamaniem praw autorskich.

Chciałbym kiedyś napisać kryminał...

Rozmowa z Wojciechem Widłakiem o przeszłości,
teraźniejszości i przyszłości.


 

Pan Kuleczka... Skąd właściwie wzięła się postać Pana Kuleczki?

Zaczęło się to wtedy, kiedy pracowałem w miesięczniku "Dziecko" i wymyślałem zagadki dla dzieci, a Ela Wasiuczyńska je ilustrowała. Otóż Ela przysłała mi rysunek... Na rysunku był okrągły pan w kapeluszu i w muszce, a pod tym panem znajdował się podpis: "Wojtku, to jest Pan Kuleczka, może Cię natchnie". Potem Ela przysłała kolorowy obrazek, na którym oprócz Pana Kuleczki był pies, była kaczka, mucha i. motyl. Kiedy spojrzałem na ten obrazek, od razu wiedziałem, że to kaczka Katastrofa, pies Pypeć, mucha Bzyk-Bzyk, natomiast motyl nie miał imienia. Odleciał więc, a ja się od czasu do czasu zastanawiam, co się z nim stało. Może kiedyś wróci i dostanie imię, a może sobie żyje w innej krainie, bez imion, ale u nas jest to trudne....

Zaczęło się od tego jednego obrazka?

Tak. Do obrazka powstała historyjka. Potem były następne obrazki i następne historyjki - ukazywały się co miesiąc w miesięczniku "Dziecko" przez ponad pięć lat. Policzyłem, że tych historyjek powstało sześćdziesiąt siedem.
Mniej więcej po czterech latach z okładem pojawiła się pierwsza książka.
Pojawiła się. To tak lekko brzmi, ale bardzo dużo zawdzięczam mojej ówczesnej szefowej, redaktor naczelnej "Dziecka" - Justynie Dąbrowskiej. Kiedyś zwierzyłem się jej ze swojego marzenia - żeby te opowiadania wywędrowały do książki. Bo miałem takie marzenie, ale nic nie robiłem, żeby je zrealizować. No i zostałem prawie złapany za rękę i zawieziony do Poznania do wydawnictwa Media Rodzina, gdzie pan redaktor Bronisław Kledzik podjął ryzyko wydania książki napisanej przez dość leciwego debiutanta. Oczywiście, ogromnym atutem były ilustracje, ponieważ one są... Właśnie!
Czasem robię test i pytam, jaki pierwszy przymiotnik przychodzi do głowy na określenie tych ilustracji. No, proszę się poddać testowi: pierwsze wrażenie, przymiotnik - jaka ta ilustracja jest?

Ciepła!

I to jest to słowo! Ono się powtarza w stu procentach wypowiedzi - jako pierwsze w dziewięćdziesięciu paru procentach, a w pozostałych trzech czy pięciu jako drugie. To są ciepłe ilustracje. One obiecują, że oto będziemy obcować z czymś, co niesie poczucie bezpieczeństwa, co niesie coś dobrego.
Pozwalam sobie o tym mówić w ten sposób także dlatego, że wciąż nie mogę się całkiem przyzwyczaić, że jestem autorem tych opowiadań. Myślę, że nie do końca nim jestem... Nie tylko dlatego, że one stanowią całość z ilustracjami, że z nimi współgrają... Mam wielkie szczęście, że właśnie z Elą zaczęliśmy opisywać słowem i obrazem świat Pana Kuleczki i robimy to do dziś.



Wojciech Widłak i Elżbieta Wasiuczyńska oraz Pan Kuleczka.

Tu mała dygresja: moim zdaniem to jest taki kawałek Eli. Ja nie umiem oddzielić Pana Kuleczki od tego, co Ela robi w innych książkach. Moim zdaniem nie da się tego zrobić. Ona po prostu oddaje kawałek siebie. To nie kwestia techniki ani warsztatu, to jest po prostu tak, że ona daje coś z atmosfery, która ją otacza ...

Jestem naprawdę bardzo szczęśliwy, słysząc coś takiego. W mojej opinii prawdziwy twórca jest tak naprawdę odtwórcą, tzn. odtwarza coś. A odtwarzając, spala się... Ostatni tomik opowiadań o Panu Kuleczce i jego podopiecznych nosi tytuł "Światło" i to światło można dawać na dwa sposoby - jeden sposób to spalać się tak jak świeca, a drugi - być jak księżyc... czyli świecić światłem odbitym. Nie ma sensu mówienie, że jest się źródłem światła, jeśli się je tylko odbija. Może dlatego nie czuję się do końca autorem tych opowiadań.

Ale ja się z Panem nie zgodzę - jestem gotowa się z Panem pokłócić. Uważam, że choćbyśmy mieli nie wiem jak "świetliste" otoczenie, kontynuując to porównanie, to jeżeli człowiek jest skrzywiony, to on tego nie zauważy. Malkontent będzie zawsze miał "już tylko pół butelki", zawsze będzie to "ale". Tutaj są historyjki z życia, natomiast widziane, pisane przez osoby, które promieniują tym ciepłem - w tym momencie ukłon w kierunku pana i Eli. I Wy potraficie takie zwykłe coś, nawet denerwujące, przerobić na coś, co jest fajne, miłe, co jest początkiem czegoś sympatycznego.

Pani, jak rozumiem, ma na myśli fizykę (fakty, te konkretne "pół butelki"), którą jakoś się opisuje i ocenia - bezpośrednio lub pośrednio. Tymczasem ja, wspominając o świetle, myślałem o metafizyce, o pierwotnym źródle wszelkiego światła, harmonii, dobra, ciepła - o Panu Bogu, ujmując rzecz wprost.
Bez Pana Boga w życiu bym nie napisał tego, co napisałem, bo jestem stuprocentowym malkontentem - osobą, która zawsze szuka dziury w całym, która jest nastawiona na przeszkody, a nie na cel, która jest adwokatem diabła, która wiecznie kwęka, narzeka i marudzi, naprawdę! I to zdumiewające, że świat, który w końcu jakoś wyłania się spod klawiszy komputera, jest zupełnie inny: pogodny, pełen ciepła, pełen optymizmu. Daje wsparcie i poczucie bezpieczeństwa, przekazuje pewne prawdy, szczerze mówiąc banalne, ale strasznie nam potrzebne.
Na przykład, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, że naprawdę możemy siebie sobie nawzajem ofiarować. Że każda osoba, nawet najmniejsza, nawet ta mucha, która wydaje się, że nic nie znaczy, nic nie potrafi powiedzieć, intelektualnie nie dorasta, ona jest potrzebna.
Także i to, czy jesteśmy strasznie powolni, czy nadaktywni, to naprawdę sprawia, że możemy sobie coś dać nawzajem. Nie tylko, że można się wzajemnie znosić i tolerować, ale można się kochać. Myślę, że miłość jest tym, co nas napędza i co pozwala żyć, a dla mnie rodzina miejscem, w którym doświadczam miłości.

A czy opisując Pana Kuleczkę i jego gromadkę dużo zaczerpnął Pan z własnego charakteru, z domu, rodziny?

Istnieje tu pewna pułapka, pewne niebezpieczeństwo. Tak jak można identyfikować autora z jego bohaterem, tak samo można szukać odpowiedzi na pewne bardzo ważne pytania nie u tego źródła, u którego się powinno. Zostałem w pewien sposób obdarowany nie tylko możliwością pisania w ogóle, ale możliwością wejścia w ten akurat świat, który jest właśnie - tak jak widzę po reakcjach czytelników małych i dużych, i bardzo dużych - odbierany jako świat pełny dobra. Powiem to inaczej: ja nie jestem słońcem, ja jestem co najwyżej księżycem - mogę odbić trochę światła i podać dalej.
Oczywiście bardzo kusi, żeby sobie przypisać rolę słońca, ale na szczęście jestem troszkę świadomy własnych słabości, więc mam nadzieję, że mi to będzie oszczędzone... Choć to naprawdę jest duża pokusa, gdy się słyszy tyle dobrych słów, takich reakcji, że ludziom to pomaga, że są nie tylko zadowoleni, ale że to jest coś głębszego. Bardzo się cieszę, że coś takiego stało się moim udziałem, ale to też jest dla mnie pewna niespodzianka, bo mówię, że naprawdę jestem strasznie marudny, strasznie! Można spytać moich dzieci

To znaczy, że Pana w książce najbardziej przypomina Kaczka Katastrofa.
Skoro jesteśmy przy pokusach - nie korciło Pana, żeby to ich życie było barwniejsze, ciekawsze, takie bardziej awanturnicze?

To jest właśnie dziwne. Ja nie wymyślałem tego, jakie oni mają mieć życie. Raczej było odwrotnie. Na początku, kiedy zaczynałem pisać, miałem pewien pomysł. Otóż pan Kuleczka to jest czarodziej, ukryty czarodziej, który czaruje nie różdżką, tylko czarodziejskim parasolem. I czaruje nim w codzienności. Ale okazało się, że pomysł pomysłem, a życie życiem. Oni po prostu zaczęli naprawdę żyć! A dowodem na to może być taka historia: kiedyś pisałem pewne opowiadanie - chciałem, żeby była zima, ładna pogoda i oni mieli wyjść na dwór. I pisałem, pisałem, pisałem, oni dochodzili do przedpokoju i dalej... umarł w butach! Nie szli dalej. Drzwi się nie mogły otworzyć i oni nie mogli wyjść na dwór. Zostali w domu! No, jeżeli się coś takiego dzieje, to z jednej strony myślę sobie, że to może być denerwujące, bo oni się mnie nie słuchają, ale z drugiej strony to jest coś niesamowitego! Bo wtedy naprawdę poczułem, że oni żyją, że moją rolą w gruncie rzeczy nie jest wymyślanie, tylko przyglądanie się.
A wracając do Pani pytania - zacząłem się im przyglądać i oni po prostu mają takie życie. Patrząc z dystansu tych kilkudziesięciu opowiadań, to ja lubię ich życie, choć nie obfituje ono w przygody. Bo co to są za przygody? Że się piecze ciasto, że się bawi w ciuciubabkę, że się układa puzzle, że się umywalka zatkała? To jest codzienność...

Pan pokazuje, żeby nie marudzić nad tą umywalką, tylko jak w Internecie poszukać linku - i od zatkanej umywalki przejść do innego okienka, do innego spojrzenia na świat, razem z Panem Kuleczką i jego. rodziną? No właśnie, nie wiem, czy Pan wie, ale niektórym nie odpowiada to, że bohaterowie przedstawieni jako rodzina są stworzeniami różnego rodzaju... Że nie jest to na przykład rodzina piesków czy much, tylko. taka zbieranina!

A czy ktoś widział rodzinę, gdzie wszyscy są jednakowi? Każda rodzina to jest taki zwierzyniec! Wiadomo, że są lwy, są owieczki, są węże. I nie chodzi mi tu o zaszufladkowanie, ale o to, by poznawać zarówno własną osobowość, jak i osobowość tych, z którymi mieszkamy.
Pypeć w którymś z kalendarzy mówi: "Gdyby wszyscy umieli wszystko, to nikt by nie był nikomu potrzebny". Gdyby wszyscy byli jednakowi, to czym byśmy mogli sobie nawzajem służyć? Pypeć i Katastrofa są bardzo różni, ale co to znaczy - że jedno jest lepsze, a drugie gorsze? Czy lepszy jest temperament żywy czy refleksyjny? Jak można to w ogóle wartościować? To jest kompletnie bez sensu. Nie chodzi przecież o to, żeby jedno dziecko było takie jak drugie albo żeby wymieszać jeden charakter z drugim, aż powstanie jakiś trzeci. Albo żeby dzieci były kopiami rodziców. Też nie jest tak, że ktoś jest mocny, a ktoś jest słaby. Ktoś jest mocny w czymś, a słaby w czymś innym i chodzi o to, żeby najpierw sobie zdać z tego sprawę, a potem - korzystać. Bo słabości też są po coś.

To jeszcze tylko pozwolę sobie spytać Pana o... marzenia, może plany...

Mogę zdradzić w tym miejscu coś, czego chyba jeszcze nikomu nie mówiłem. Otóż lubię czytać kryminały (no, to nie taka zupełna tajemnica, moi najbliżsi o tym wiedzą) i chciałbym kiedyś napisać kryminał.
Bardzo cenię twórców kryminałów za precyzję konstrukcji. To jest jedna rzecz, która mnie bardzo pociąga, budzi mój podziw i szacunek. A druga to mrówcza praca przy dokładnym oddawaniu rzeczywistości. Gdy na przykład Marek Krajewski opisuje przedwojenny Breslau, to ja mu wierzę, że on poświęcił swój czas i że oczywiście topografia się zgadza, albo że w przedstawionej przez niego restauracji kotlet schabowy kosztował tyle, a golonka z wódeczką tyle. To jest coś, co budzi mój głęboki podziw. I trochę mnie to przeraża, bo w opowiadaniach o Panu Kuleczce zaglądam do świata, który gdzieś jest, ale to ja pociągam moich czytelników do tego świata, ja jestem tym, który wszedł tam pierwszy. Natomiast precyzja i pracowitość kronikarza w opisie światów, które są bardziej namacalne - jak ten Wrocław, który jest, i Breslau, który był - budzą moje zainteresowanie i trochę zazdrości.
Dlaczego o tym mówię? Bo pyta Pani, czy nie miałbym ochoty, żeby Pan Kuleczka, Pypeć, Katastrofa i Bzyk-Bzyk mieli barwniejsze przygody. Nie, oni nie - oni mają swój świat i widzę, że to jest dobre i tam niczego więcej nie potrzeba. Odzew czytelników też to potwierdza. Natomiast może kiedyś... jak dożyję i będę bardziej pracowity niż teraz, to może napiszę coś takiego, gdzie by się działo więcej. Zobaczę. Tego nie wiem. Wszystko jest niespodzianką - przecież pierwsze opowiadanie się ukazało, kiedy byłem po czterdziestce. Kto wie, co się wydarzy za jeszcze parę lat?

Życzę więc, zarówno w imieniu swoim, jak i tłumów czytelników, by Pan Kuleczka i jego rodzina nadal żyli spokojnie i pozwolili Panu współpracować z kolejnymi bohaterami...