Chciałbym kiedyś napisać kryminał... Rozmowa z Wojciechem Widłakiem o przeszłości, |
![]() |
Pan Kuleczka... Skąd właściwie wzięła się postać Pana Kuleczki? Zaczęło się to wtedy, kiedy pracowałem w miesięczniku "Dziecko" i wymyślałem zagadki dla dzieci, a Ela Wasiuczyńska je ilustrowała. Otóż Ela przysłała mi rysunek... Na rysunku był okrągły pan w kapeluszu i w muszce, a pod tym panem znajdował się podpis: "Wojtku, to jest Pan Kuleczka, może Cię natchnie". Potem Ela przysłała kolorowy obrazek, na którym oprócz Pana Kuleczki był pies, była kaczka, mucha i. motyl. Kiedy spojrzałem na ten obrazek, od razu wiedziałem, że to kaczka Katastrofa, pies Pypeć, mucha Bzyk-Bzyk, natomiast motyl nie miał imienia. Odleciał więc, a ja się od czasu do czasu zastanawiam, co się z nim stało. Może kiedyś wróci i dostanie imię, a może sobie żyje w innej krainie, bez imion, ale u nas jest to trudne.... Zaczęło się od tego jednego obrazka? Tak. Do obrazka powstała historyjka. Potem były następne obrazki i następne historyjki - ukazywały się co miesiąc w miesięczniku "Dziecko" przez ponad pięć lat. Policzyłem, że tych historyjek powstało sześćdziesiąt siedem. Ciepła! I to jest to słowo! Ono się powtarza w stu procentach wypowiedzi - jako pierwsze w dziewięćdziesięciu paru procentach, a w pozostałych trzech czy pięciu jako drugie. To są ciepłe ilustracje. One obiecują, że oto będziemy obcować z czymś, co niesie poczucie bezpieczeństwa, co niesie coś dobrego.
Tu mała dygresja: moim zdaniem to jest taki kawałek Eli. Ja nie umiem oddzielić Pana Kuleczki od tego, co Ela robi w innych książkach. Moim zdaniem nie da się tego zrobić. Ona po prostu oddaje kawałek siebie. To nie kwestia techniki ani warsztatu, to jest po prostu tak, że ona daje coś z atmosfery, która ją otacza ... Jestem naprawdę bardzo szczęśliwy, słysząc coś takiego. W mojej opinii prawdziwy twórca jest tak naprawdę odtwórcą, tzn. odtwarza coś. A odtwarzając, spala się... Ostatni tomik opowiadań o Panu Kuleczce i jego podopiecznych nosi tytuł "Światło" i to światło można dawać na dwa sposoby - jeden sposób to spalać się tak jak świeca, a drugi - być jak księżyc... czyli świecić światłem odbitym. Nie ma sensu mówienie, że jest się źródłem światła, jeśli się je tylko odbija. Może dlatego nie czuję się do końca autorem tych opowiadań. Ale ja się z Panem nie zgodzę - jestem gotowa się z Panem pokłócić. Uważam, że choćbyśmy mieli nie wiem jak "świetliste" otoczenie, kontynuując to porównanie, to jeżeli człowiek jest skrzywiony, to on tego nie zauważy. Malkontent będzie zawsze miał "już tylko pół butelki", zawsze będzie to "ale". Tutaj są historyjki z życia, natomiast widziane, pisane przez osoby, które promieniują tym ciepłem - w tym momencie ukłon w kierunku pana i Eli. I Wy potraficie takie zwykłe coś, nawet denerwujące, przerobić na coś, co jest fajne, miłe, co jest początkiem czegoś sympatycznego. Pani, jak rozumiem, ma na myśli fizykę (fakty, te konkretne "pół butelki"), którą jakoś się opisuje i ocenia - bezpośrednio lub pośrednio. Tymczasem ja, wspominając o świetle, myślałem o metafizyce, o pierwotnym źródle wszelkiego światła, harmonii, dobra, ciepła - o Panu Bogu, ujmując rzecz wprost. A czy opisując Pana Kuleczkę i jego gromadkę dużo zaczerpnął Pan z własnego charakteru, z domu, rodziny? Istnieje tu pewna pułapka, pewne niebezpieczeństwo. Tak jak można identyfikować autora z jego bohaterem, tak samo można szukać odpowiedzi na pewne bardzo ważne pytania nie u tego źródła, u którego się powinno. Zostałem w pewien sposób obdarowany nie tylko możliwością pisania w ogóle, ale możliwością wejścia w ten akurat świat, który jest właśnie - tak jak widzę po reakcjach czytelników małych i dużych, i bardzo dużych - odbierany jako świat pełny dobra. Powiem to inaczej: ja nie jestem słońcem, ja jestem co najwyżej księżycem - mogę odbić trochę światła i podać dalej. To znaczy, że Pana w książce najbardziej przypomina Kaczka Katastrofa. To jest właśnie dziwne. Ja nie wymyślałem tego, jakie oni mają mieć życie. Raczej było odwrotnie. Na początku, kiedy zaczynałem pisać, miałem pewien pomysł. Otóż pan Kuleczka to jest czarodziej, ukryty czarodziej, który czaruje nie różdżką, tylko czarodziejskim parasolem. I czaruje nim w codzienności. Ale okazało się, że pomysł pomysłem, a życie życiem. Oni po prostu zaczęli naprawdę żyć! A dowodem na to może być taka historia: kiedyś pisałem pewne opowiadanie - chciałem, żeby była zima, ładna pogoda i oni mieli wyjść na dwór. I pisałem, pisałem, pisałem, oni dochodzili do przedpokoju i dalej... umarł w butach! Nie szli dalej. Drzwi się nie mogły otworzyć i oni nie mogli wyjść na dwór. Zostali w domu! No, jeżeli się coś takiego dzieje, to z jednej strony myślę sobie, że to może być denerwujące, bo oni się mnie nie słuchają, ale z drugiej strony to jest coś niesamowitego! Bo wtedy naprawdę poczułem, że oni żyją, że moją rolą w gruncie rzeczy nie jest wymyślanie, tylko przyglądanie się. Pan pokazuje, żeby nie marudzić nad tą umywalką, tylko jak w Internecie poszukać linku - i od zatkanej umywalki przejść do innego okienka, do innego spojrzenia na świat, razem z Panem Kuleczką i jego. rodziną? No właśnie, nie wiem, czy Pan wie, ale niektórym nie odpowiada to, że bohaterowie przedstawieni jako rodzina są stworzeniami różnego rodzaju... Że nie jest to na przykład rodzina piesków czy much, tylko. taka zbieranina! A czy ktoś widział rodzinę, gdzie wszyscy są jednakowi? Każda rodzina to jest taki zwierzyniec! Wiadomo, że są lwy, są owieczki, są węże. I nie chodzi mi tu o zaszufladkowanie, ale o to, by poznawać zarówno własną osobowość, jak i osobowość tych, z którymi mieszkamy. To jeszcze tylko pozwolę sobie spytać Pana o... marzenia, może plany... Mogę zdradzić w tym miejscu coś, czego chyba jeszcze nikomu nie mówiłem. Otóż lubię czytać kryminały (no, to nie taka zupełna tajemnica, moi najbliżsi o tym wiedzą) i chciałbym kiedyś napisać kryminał. Życzę więc, zarówno w imieniu swoim, jak i tłumów czytelników, by Pan Kuleczka i jego rodzina nadal żyli spokojnie i pozwolili Panu współpracować z kolejnymi bohaterami... |